
Kobieta, która wie, dlaczego stożek i strumienica nie wystarczają do znaczącego podniesienia osiągów... Bardziej niż spoilery i neony podobają jej się tłoki, zawory i korbowody... Na drodze denerwują ją... „baby za kółkiem”! Tuninguje, ściga się, driftuje, organizuje treningi... O tym, jak spinacze, rajstopy i guma do żucia mogą wywołać fascynację tuningiem oraz jak bardzo mylą się niektórzy „faceci w BMW”, rozmawiamy z jedyną aktywną polską drifterką – Karoliną Pilarczyk – popularną „Karolą”.
DRIFTINGO.PL: Witaj Karola.
KAROLA: Witaj.
D: Ostatnio w jednym z czasopism motoryzacyjnych ukazał się artykuł dotyczący Twojej osoby zatytułowany „Drift Queen”. Czy Ty czujesz się polską „Królową Driftu”?
K: (śmiech) To podchwytliwe pytanie... Biorąc pod uwagę, że innych nie ma, wygrywam walkowerem hihi ;) Ale tak naprawdę odpowiedź brzmi: Nie, jeszcze nie. Mam jednak podstępny plan. W przyszłym sezonie pokonam wszystkich, łącznie z Paulem Vlasblomem, zerwę mu z samochodu napis „Driftking.nl” i wtedy już bez skrupułów, będę mogła nazywać siebie „Drift Queen” ;) Apropos, po tym jak jeden z zawodników przeczytał ten artykuł, zapowiedział że nie da mi wjechać na tor bez napisu „Drift Queen” na samochodzie. (śmiech)
D:Drifting nie jest pierwszym sportem samochodowym, w którym próbujesz swoich sił...
K: Tak, zdecydowanie tak. Wcześniej były KJSy, oraz wyścigi na ¼ mili. Z tym, że ¼ mili była raczej dla zabawy, natomiast w KJSach startowałam, ponieważ miałam aspiracje do zrobienia licencji rajdowej. Docelowo chciałam jeździć w rajdach. Jednak gdy sobie obliczyłam ile to może kosztować, to szybko doszłam do wniosku, że KJSy są bardzo fajne i jak na razie w zupełności mi wystarczą... ;) Pomimo, że KJSy są do pewnego momentu ciekawą dyscypliną, to jednak jest to taka trochę „jazda wokół trzepaka” - nie dostarcza tylu emocji, co prawdziwe rajdy.
D: I rozwiązaniem tych rozterek okazał się drifting...
K: Tak, choć nie był to jedyny powód, dla którego zajęłam się drifingiem. Głównie chodziło o to, że właśnie taki sposób jazdy zawsze bardzo mi się podobał. Na KJS’ach nigdy nie miałam najlepszego czasu, dlatego że na każdym fajniejszym zakręcie zaciągałam ręczny i usiłowałam się ślizgać, a to oczywiście w jazdach rajdowych nie jest dobra technika. Tam trzeba przejechać technicznie tak, aby uzyskać jak najlepszy rezultat na stoperze. No i w pewnym momencie to moje ślizganie, które było kompletnym niewypałem w przypadku KJSów czy rajdów, okazało się dyscypliną sportową. Tutaj ślizganie jest wręcz wskazane, więc teraz mogę startować w sporcie, o który cały czas mi chodziło. I stąd ta zmiana.
D: Zanim jeszcze zaczęłaś startować w KJSach przeszłaś przez parę szkół bezpiecznej jazdy. Jak z perspektywy czasu oceniasz ich działalność?
K: Bardzo dobrze. Zdecydowanie uważam, że elementy, których doświadczeni instruktorzy tam uczą, czyli wychodzenie z poślizgów, omijanie przeszkód, czy kontrowanie, powinny być tak naprawdę elementami nauki jazdy podczas kursów na prawo jazdy. Co najmniej kilka godzin powinno być poświęcone na te właśnie elementy.
D: A czy to, czego nauczyłaś się w tych szkołach, pomogło Ci w jakiś sposób podczas startów w KJSach?
K: W KJSach zdecydowanie tak. Mało tego – również w driftingu. Same podstawy kontrowania i zapoznanie się z tym co to w ogóle jest, jak również wyrobienie odpowiednich odruchów – wszystkie te elementy wyniosłam właśnie ze szkół bezpiecznej jazdy. Umiejętności te okazały się również bardzo przydatne na ulicy. W jeździe stricte KJS’owej najbardziej mi pomogły przejazdy z ludźmi, którzy dłużej niż ja startowali w tym sporcie. Natomiast szkoły jazdy pomogły mi w takim podstawowym wyczuciu auta, przewidywania jego zachowania. Tam są trochę inne warunki niż podczas KJSu, bo ćwiczy się głównie na placu i płytach poślizgowych. Mimo to można się całkiem nieźle wyszaleć i fajnie poćwiczyć.
D: No dobrze, to teraz temat „Baby za kółkiem”...
K: (śmiech)
D: Jak odnosisz się do tego niezbyt dobrze kojarzącego się hasła?
K: Tragedia! (śmiech) Baby za kółkiem to zło! ;)
D: Ale jak widzisz to hasło w odniesieniu do siebie? Bo jak by nie patrzyć jesteś członkiem tej niezbyt chlubnej grupy... Jak się czujesz z tym faktem?
K: Czuje się bardzo dobrze, bo dzięki temu na zawodach zawsze w jakiś sposób jestem faworyzowana i rozpoznawana. Cokolwiek bym robiła, nawet jeśli jestem ostatnia, to i tak mnie zapamiętają ;).
D:Ale jeśli na drodze coś zrobisz nie tak, to zaraz dosięgają Cię pogardliwe spojrzenia i hasło „No tak, to baba”...
K: No tak, na drodze to nie jest wskazane. Chociaż – bycie kobietą ma też swoje plusy! Pamiętam, że jak tylko zrobiłam prawo jazdy, to by być samodzielna, nauczyłam się wymieniać koła. Potem czekałam na okazję by przetestować tę umiejętność w warunkach bojowych... Jednak jeszcze nigdy mi się to nie udało, bo zawsze kiedy łapałam „kapcia” i zabierałam się do wymiany, znalazł się ktoś, kto się zatrzymał i mi pomógł. Więc oczywiście bycie „Babą za kółkiem” ma swoje minusy, ale ma i plusy.
D: A czy zdarzało Ci się, w sytuacji nerwowej na ulicy, kiedy wina jest po Twojej stronie, załagodzić sytuację wykorzystując swój niewątpliwy, kobiecy urok?
K: Prawdę mówiąc nie miałam nigdy jakiejś szczególnie nerwowej sytuacji, żeby ktoś się na mnie jakoś szczególnie wściekał. Nawet jeśli zajadę komuś drogę, to ja go tylko przepraszam, on kiwa głową i jedziemy dalej...
D: A czy samej zdarza Ci się używać określenia „Baba za kierownicą” w odniesieniu do współuczestinczek ruchu?
K: Tak, bo rzeczywiście uważam, że kobiety jeżdżą bardzo niepewnie. Zresztą wydaje mi się, że kobiety generalnie nie przepadają za spędzaniem czasu za „kółkiem”. Dlatego jeżdżą mało, a w rezultacie - niepewnie. Dlatego jeśli widzisz, że ten samochód przed Tobą się „czai” to niestety na 90% jest to kobieta.
D: Czyli rozumiem, że w tym sensie nie czujesz się „babą za kierownicą”?
K: Nie, w tym sensie zdecydowanie nie.
D: Wróćmy w takim razie do motorsportu. Jak Ty, jako zawodniczka startująca już w paru dyscyplinach poza driftingiem, oceniasz polską scenę driftingową? Biorąc również pod uwagę, że zakończył się dopiero drugi pełny sezon...
K: Widać, jak bardzo duża jest różnica, między tym co było w zeszłym roku, a tym co jest w tym roku. Teraz samochody są o wiele lepiej przygotowane, ludzie o wiele bardziej kładą nacisk na to, żeby ćwiczyć. Wcześniej wielu osobom się wydawało, że drifting jest taki prosty. Każdy człowiek, który jakoś tam zacinał bokiem na zakrętach twierdził, że już driftuje. Dam Ci taki przykład... Kiedy w zeszłym roku jechałam na zawody na dwa auta, kolega, który prowadził drugi samochód na każdym zakręcie zacinał bokiem. Mój pasażer był zachwycony jak wspaniale tamten „driftuje”. Ja stwierdziłam, że on na torze sobie nie poradzi. Kiedy dotarliśmy na zawody podpuściłam go, żeby spróbował swoich sił na torze i oczywiście okazało się że miałam rację. Do niedawna wielu facetom się wydawało, że jeśli wprowadzą samochód w poślizg, zrobią kontrę i go wyprowadzą, to już driftują. A potem nagle rzeczywistość zweryfikowała ich światopogląd...
D: Porozmawiajmy teraz chwilę o Twoich samochodach. Pierwszym autem, które należało do Ciebie była Tavria... Nie jest to z pewnością auto sportowe...
K: Jak to nie?! To, co ja z nią wyczyniałam... (śmiech)
D: ...do tuningu Tavria też nie najlepiej się nadaje. Za to z powodzeniem mogłaby startować w konkursie na najbardziej awaryjne auto świata...
K: Powiem Ci szczerze, że najprawdopodobniej to właśnie dzięki Tavrii zaczęła się moja żyłka do modyfikacji. Bo fakt jest faktem, że ona się rozwalała non stop, ale to auto można naprawić przy pomocy spinacza, rajstop i gumy do żucia! ;) Generalnie okazało się to na tyle fajne, że spodobało mi się samo dłubanie przy samochodzie.
D: Czyli rozumiem, że naprawiałaś ją sama?
K: Tak, dokładnie. Ona była bardzo prościutka, a do tego tak awaryjna, że ja dosłownie codziennie musiałam wkładać łapy do tego samochodu. I tak naprawdę nie wiem dlaczego mnie to zafascynowało... Może dlatego że kiedyś komputery składałam i ja generalnie lubię różne rzeczy skręcać... choć bardziej rozkręcać... ze skręcaniem zwykle idzie mi już nieco gorzej. ;)
D: Potem nastał Lanos...
K: Tak, Lanosik był przewidziany do jeżdżenia codziennego, a nie do modyfikacji. Chciałam go zrobić wizualnie, ale na szczęście szybko mi to przeszło, hihi... Bo chciałam robić jakieś spoilery itd.. W Lanosie się zakochałam, jak kiedyś zobaczyłam go takiego ładnego, tuningowanego wizualnie. I wtedy stwierdziłam - chcę mieć Lanosa! Kupiłam Lanosa, chciałam go robić wizualnie, szukałam natchnienia i wtedy ludzie zaczęli mi opowiadać o stożku i strumienicy. Nagle zaczęłam się uczyć nowego słownictwa. „Znawcy” mi mówili, że przy pomocy właśnie takich dwóch tajemniczych urządzeń ten samochód będzie śmigał jak głupi. Ja oczywiście to zamontowałam, co było kompletną głupotą! No ale człowiek musi się niektórych rzeczy nauczyć na własnych błędach... Ale właśnie podczas tych modyfikacji zrozumiałam, że nie chodzi o to, żeby samochód wyglądał, tylko chodzi przede wszystkim o to żeby jeździł.
D: To powiedz jakie teraz jest Twoje nastawienie do spoilerów, neonów i bad-looków?
K: Negatywne... (śmiech) To znaczy generalnie nie mam nic przeciwko tuningowi wizualnemu, bo zrobony gustownie bardzo potrafi poprawić wygląd auta. To co jest najpiękniejsze w tuningu wizualnym to jest to, że wydasz kwotę X i widzisz efekt. Czasami jeśli chodzi o kwestie mechaniczne wydasz kwotę X i jeszcze spieprzysz sprawę ;) To jest ten plus, ale generalnie jeśli chodzi o plastiki to nie jestem za tym żeby nakładać tego zbyt dużo. Fajny jest np. taki styl niemiecki, czyli maksymalnie utwardzić i położyć na „glebę” samochód, do tego jakieś ładne felgi i to wystarczy.
D: Przejdźmy teraz do Twojego BMW...
K: Ojjj... Temat - rzeka...
D: To może tylko w kilku słowach powiesz co się dzieje teraz z Twoją „Laleczką”...
K: Nie ma silnika... Poszło na części... Hihi... Moje BMW jest aktualnie bez serduszka - czeka na drugie, lepsze, mocniejsze. Poza tym niekończąca się opowieść, czyli zawieszenie... Mam nadzieję, że będą gwinty, power-flexy, uniballe. Tak, żeby to wszystko usztywnić. Wbrew powszechnej opinii – sztywny zawias to nie tylko kwestia twardych amortyzatorów. Dlatego pomimo trzykrotnej modyfikacji zawieszenia proces ulepszania trwa dalej. Kolejną kwestią jest ustawienie właściwych kątów w zawieszeniu. Tu też dużo zostało zrobione, ale nie jest jeszcze idealnie. Czyli jeszcze dużo przede mną – wymiana silnika, wymiana wydechu i zrobienie dobrze zawieszenia - to są takie podstawowe elementy...
D: Wiem też, że szykuje się także „gruby” body-kit...
K: No tak, niestety... (śmiech) Jest to tylko i wyłącznie ukłon w stronę ludzi, którzy to lubią. Samochód, który może nawet świetnie być zrobiony mechanicznie, ale nie wygląda – w gazecie się nie znajdzie. A jeśli zależy mi na tym, żeby samochód znalazł się w mediach, to musi wyglądać. A zależy mi, bo dzięki temu samochód jest rozpoznawany i dzięki temu mam szansę na sponsorów. Niestety im bardziej brniemy w ten sport, z tym większymi finansami się to wiąże. I stąd ukłon w stronę gazet, które będą wtedy chciały fotografować to auto. Dlatego robię body-kit... Koncepcje zmieniają się bardzo często, ale będzie to albo E36 GTR, albo E46 GTR.
D: A czy planując tak zaawansowane modyfikacje nie myślałaś o Nissanie?
K: Zdecydowanie nie – do BMW mam niezwykły sentyment i do tego jest piękne! Jestem kobietą i wiem co mówię! Hihihi... A po drugie w moim przekonaniu przewaga Nissana polega głównie na tym, że Japończycy driftują Nissanami od „zawsze” i dlatego jest ogromna wiedza w kwestii modyfikacji. Z BMW nie jest tak fajnie.. Tu musimy się jeszcze dużo nauczyć.. Nauczyć na własnej skórze. Patrząc po mijającym właśnie sezonie tak naprawdę wszystkie Nissany się „wysypały”, a beemki jeżdżą dalej. Nissan jest delikatnym autem. BMW można katować, po czym wyłączyć silniki i iść na szybką kawę. Z Nissanem trzeba czekać aż silnik się schłodzi, wystudzi...
D: I na koniec chciałbym się dowiedzieć jakie są Twoje plany dotyczące przyszłego sezonu... Starty w Polsce? Za granicą?
K: Zależy mi na tym, żeby przejeździć wszystkie zawody w Polsce, bo tego mi się nie udało zrobić w tym roku. Głównie ze względu na finanse i na opóźnienia dotyczące modyfikacji samochodu. Zależy mi też na tym, żeby auto wystartowało w najbardziej prestiżowych zawodach na ¼ mili. Głównie po to, żeby się pokazać. No i chciałabym też postawić go na jakiś targach w charakterze demo-caru. Jeśli pieniądze na to pozwolą, to chciałabym również wystartować za granicą. Fajne zawody są u naszych sąsiadów – na Węgrzech, w Niemczech...
D: Polscy zawodnicy często narzekają na rażącą stronniczość sędziów na Węgrzech. Nie boisz się ich?
K: Nie. Będę się ładnie uśmiechała... ;)
D: Liczymy na to również podczas zawodów w Polsce :) Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i życzę sukcesów w przyszłym sezonie za kierownicą niby tego samego, ale jednak zupełnie innego samochodu.
K: Również dziękuję, trzymajcie za mnie kciuki :)
Z Karolą rozmawiał: Jakub Mazurkiewicz
wersja do wydruku
powrót